Tadeusz Lechowski

Wspomnienia absolwenta i pracownika

W październiku 1949 zostałem studentem Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Częstochowie. Dano nam indeksy różniące się od indeksów używanych na innych uczelniach (v. reprodukcja poniżej).

Fot. 1 Pierwsza strona indeksu

Na początku studiów było nas 161 studentów. Taką liczbę podaje dr inż. A. Gąsiorski w książce „Politechnika Częstochowska 1949‐1999”, po szczegółowych wyliczeniach, i że była tylko jedna studentka. Jednak była druga, nazywała się Kotela. Jej nauka została przerwana na początku studiów z powodu aresztowania za działalność podziemną. Pamiętam ją i pamiętają niektórzy moi koledzy. Rozpiętość wieku studentów była wtedy dość duża. Byli wśród nas maturzyści z 1949 roku, ale i maturzyści z 1939 roku. Otrzymałem wtedy stypendium, jak większość moich kolegów. Stypendium, w wysokości 5 tys. zł przyznano mi za okres od 1.9.1949 do 30.6.1950. Zostało to odnotowane na stronach 6. i 7. indeksu. Wtedy, na początku 1950r, była wymiana pieniędzy i średnia płaca miesięczna wynosiła 550 zł.

Nazwa „WYŻSZA SZKOŁA INŻYNIERSKA”, wbrew temu co pisze dr A. Gąsiorski w książce na s. 168, na Wydziale mechanicznym była jeszcze używana w roku 1953 (v. s. 20 indeksu). Rok 1949 był ostatnim rokiem, kiedy nie było jeszcze Studium Wojskowego. Obciążenie tygodniowe zajęciami było dość duże. W semestrze I wynosiło ono 42 godziny wykładów i ćwiczeń, a w sem. II 51. Na kursie inżynierskim Politechniki Łódzkiej, w semestrze I. wynosiło ono 38 godzin. Niektóre przedmioty na I semestrze WSI w Częstochowie: Matematyka 6 i 4 godzin wykładów i ćwiczeń tygodniowo, Geometria wykreślna 2 i 3 godzin, Fizyka 4 i 1, Mechanika ogólna 3 i 2, Maszynoznawstwo z wycieczkami 3 i 1. Wycieczki polegały na zwiedzaniu zakładów przemysłowych i zapoznawaniu się z ich pracą, dotyczyło to zwłaszcza studentów z maturą z wykształceniem ogólnym, Rysunki techniczne 1 i 3, Języki obce 2 i 2 godziny. W II semestrze łączne obciążenie wynosiło 51 godzin tygodniowo, w tym: Matematyka 6 i 4, geometria wykreślna 2 i Fizyka 4 i 4, Mechanika ogólna 3 i 2, Wytrzymałość materiałów 2 i 2 godzin. Najbardziej pracochłonne były za‐jęcia z Rysunku Technicznego. Przeznaczono na nie po 3 godz. tygodniowo w sem. I i II. Na zajęciach tych, w kreślarni wykonywaliśmy rysunki na arkuszach „Bristolu” formatu A2 tuszem. Na pierwszym arkuszu było pismo techniczne. Na następnych rysowaliśmy części ,maszyn, które należało prawidłowo zwymiarować. Wymagało to znacznie więcej czasu niż 3 godziny w tygodniu. Część wykazu przedmiotów obowiązujących w sem. II przedstawione zostało na fot.2

Fot.2. Początek wykazu przedmiotów w sem. II.

W przeciwieństwie do indeksów innych uczelni nie podawano w indeksach WSI w Częstochowie nazwisk prowadzących zajęcia.

Łącznie w WSI Częstochowa, na przykład na Matematykę, dla rozpoczynających studia w roku akad.1949/50 przeznaczono 24 godziny. Studenci rozpoczynający studia w roku akad.1952/52 mieli już tylko 19 godzin matematyki a rozpoczynający w r. akad. 53/54 20 godzin. Wtedy obciążenie tygodniowe wynosiło w sem. I. 42 godziny a w II. 40. Na studiach 5‐letnich jednolitych 57/58 były 23 godz. matematyki. Z porównania godzin przeznaczonych na matematykę wynika, że początkowo na studiach I stopnia było niewiele mniej godzin niż na studiach magisterskich.

Nowym przedmiotem wprowadzonym w semestrze III roku 1950/51 były Podstawy marksizmu‐leninizmu w wymiarze 3 godz./tyg. Prowadził go, jak również poprzednio lektorat języka rosyjskiego, Leon B. Nie często bywał na zajęciach, bo był aktywnym działaczem partyjnym i zawodowym. Obydwa zajęcia sprowadzały się do omawiania podręcznika historii WKP(b) ( Wszechzwiązkowej komunistyczne partii (bolszewików) autorstwa J. W. Stalina.

Fot. 3. Lato 1952. Zdjęcie studentów specjalności „Obrabiarki” na boisku przy ul. Dąbrowskiego koło budynku, zajmowanego przez S. Inż., z udziałem z‐cy prof. Leonida Samsonowa. Ze zbiorów. T. Lechowskiego
Podpis pod rysunkiem. I rząd od lewej: Tadeusz Górniak, Józef Plaza, z‐ca prof. mgr inż. Leonid Samsonow, Seweryn Jaśkiewicz, Andrzej Bednarek, Stanisław Stankiewicz, Kazimierz Zawierucha, II rząd: Ryszard Raczek, Władysław Spałek, Tadeusz Szczepanik, Teofil Grabiec, Tadeusz Z. Lechowski, Michał Rudzki, Stanisław Ziaja, III rząd: Stanisław Jędrusik, Rościsław Juszczuk, Stefan Skurzyński, Aleksander Sosnowski, Henryk Magnuski, Mieczysław Pardela, Wacław Lisowski, IV rząd: Tadeusz Rozmus, Kazimierz Warwas.

Na studiach były 3 praktyki w przemyśle (fot.4). Szkoda, że w tej postaci ich już nie ma. Są one bardzo potrzebne.

Obecnie student spotyka się z przemysłem tylko w razie nie częstej wycieczki do przemysłu. Z fot. 4 wynika, ze niektóre strony indeksu były wypełniane czerwonym atramentem. Nie wiadomo dlaczego. Długopisów wtedy jeszcze niebyło. Z I. praktyki zostałem zwolniony, ponieważ zaliczono mi pracę przed studiami w PZPB (Państwowe Zakłady Przemysłu Bawełnianego) (CEBA) w Częstochowie. Pracowałem tam 2 lata i 5 miesięcy w charakterze pomocnika elektryka. Drugą praktykę odbyłem w hucie „Częstochowa” w sierpniu 1951. Jednak data końca praktyki zawiera błąd. Pamiętam, że to był a praktyka miesięczna. Praktykę dyplomową, w sem. VII, odbywałem w Bielskiej Fabryce Maszyn Włókienniczych (BEFAMA). Oprócz mnie byli tam jeszcze A. Bednarek i S. Stankiewicz. Mieszkaliśmy w Domu Młodego Robotnika (DMR). Zarówno w BEFAMIE jak i w DMR były stołówki, tak że mogliśmy korzystać z obydwu stołówek. Pracowałem tam 3 dni w tygodniu, od IX 1952 byłem już zatrudniony w Zakładzie Narzędzi u z‐cy prof. L. Samsonowa. W trakcie praktyki zaprojektowałem przyrząd obróbczy wiertarski, który wykonano w narzędziowni zakładu. Brałem również, wraz z moimi kolegami, udział we wdrażaniu metody utwardzania narzędzi ze stali szybkotnącej. Poziom techniczny zakładu nie był zbyt zadowalający.

Fot 4. Strony 32. I 33. Indeksu. Zaliczenie praktyk.

Wykładowcami w S. Inż. byli pracownicy WSE w Częstochowie, nauczyciele ze szkół średnich i inżynierowie z przemysłu. Pierwszym i wieloletnim rektorem był dr inż. Jerzy Władysław Kołakowski dyrektor fabryki latarek przy ul. Staszica w Częstochowie. Wykładał nam Mechanikę ogólną, później Wytrzymałość materiałów i na specjalizacji przedmioty związane z Obróbką plastyczną. Był do wykładów dobrze przygotowany i wykłady były przez nas zrozumiałe. Jako rektor powstającej uczelni miał dużo zajęć i kłopotów. Miedzy innymi musiał współpracować ze studentami, którzy byli we władzach uczelnianych PZPR i ZMP. Prawdopodobnie, miałem wtedy małe rozeznanie w tych sprawach, próbowali oni wpływać na decyzje Rektora. Był wśród nich działacz ZMP Jaroszewicz, jako kolega postać bez zarzutu, bliska rodzina późniejszego premiera, który jako działacz częstoi zaniedbywał obecność na wykładach. Musiał on dopiec rektorowi, bo, na wykładzie na II roku, rektor, widząc go odezwał się głośno: „co widzę sam pan Jaroszewicz na wykładzie” Stosunek rektora do nas studentów był zawsze życzliwy.

Na I roku najważniejszym przedmiotem była Matematyka. Wykład matematyki miał, były rektor WSE w Częstochowie, matematyk mgr Alfred Leonard Czarnota. Wykładał niezbyt szybko, kredą na wielkiej tablicy, tak że łatwo było wszystko zanotować.

W trakcie wkładu nie było żadnych dygresji. Raz tylko udało się nam sprowokować profesora do wypowiedzi nie związanych z matematyką. Było to, gdy wrócił jako zwycięzca z ważnego turnieju szachowego. Po pytaniu jednego z kolegów i oklaskach z okazji odniesionego sukcesu, prawie całą godzinę mówił o szachach. Wykład odbywał się w audytorium PP ( im. Przodowników Pracy ). Było to przez wiele lat największe audytorium w Uczelni. Parę lat temu tradycyjną nazwę PP zmieniono, prawdopodobnie, na B 7. Mgr A. Czarnota pomagał swoim współpracownikom w ich kłopotach. Dzięki niemu wypłacono mi zaległą pensję, wstrzymaną ze względów biurokratycznych. Krótko byłem asystentem w Katedrze Matematyki. Kierownik Katedry chciał bym został na stałe. Jednak matematyka wdawała mi się zbyt abstrakcyjna. Bardziej interesował mnie kierunek inżynierski. O komputerach jeszcze wtedy nic nie wiedziano.

Wykład fizyki prowadził mgr. Antoni Pietraniec absolwent i były asystent na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Wykład prowadził głosem pewnym, bez kartki. Czasem w trakcie wykładu udzielał słuchaczom różnych dobrych rad. Jako pierwszy dziekan Wydziału Mechanicznego był życzliwy dla studentów i był lubiany.

Bardzo obszernymi przedmiotami były rysunek techniczny i części maszyn. Te przedmioty zaliczały się do bardzo pracochłonnych, ze względu na projekty. Wykładał je mgr inż. Stefan Stępowski. Miedzy innymi był asystentem na Politechnice Warszawskiej. Jako współpracownik prof. W. Biernawskiego brał udział w opracowaniu konstrukcji gładkościomierza WB4. Wykład prowadził w sposób systematyczny. Na wykładzie Rysunku technicznego, niektórzy studenci, mający wykształcenie techniczne próbowali z nim dyskutować, ale się nie dał.

Do najtrudniejszych przedmiotów zaliczała się geometria wykreślna w wymiarze 2 godz, wykł. i 3 godz. ćwiczeń w sem. I i 2 wykł. oraz 2 godz. ćwiczeń w sem. II. Zajęcia prowadził mgr Mieczysław (Antoni ? podawano i to imię) Mieczysławski. Wykładowca wykonywał bardzo starannie i dokładnie rysunki przenikania brył, na tablicy kredą.

W następnym roku akad. już tylko w wymiarze 2w. i 2 ćw. w sem. I, zajęcia z geometrii wykreślnej prowadził mgr inż. Kazimierz Bulski.

Przedmiot Technologia metali na sem . I, w wymiarze 2 godz. wykładów i 1 godz. ćwiczeń prowadził, wtedy z‐ca prof., późniejszy rektor uczelni, mgr inż. Wacław Michał Sakwa. Przedmiot obejmował zagadnienia dotyczące metalurgii, odlewnictwa i podobne. Największą wagę przywiązywał wykładowca do układu żelazo‐węgiel. Jak się przekonałem później, słusznie. Kto opanował układ Fe‐C, nie miał kłopotu z zaliczeniem przedmiotu. Prof. W. sakwa zaliczał się do ludzi wyjątkowych. Jego wyjątkowość polegała na tym, że miał dobrą pamięć, dotrzymywał obietnic i miał wyjątkowe poczucie humoru. O dobrej pamięci i dotrzymywaniu obietnic prof. W. Sakwy świadczy np. zdarzenie z roku 1968. Wtedy jako jeszcze adiunkt, dowiedziałem się, że Uczelnia ma dostać dwa mieszkania w budynku budowanym przez Kopalnię Rudy Żelaza w Osinach, na terenie Politechniki. Wtedy, mijając na korytarzu, zagadnąłem Rektora prof. Sakwę i poprosiłem o przydzielenie jednego z mieszkań. W tych czasach było rzeczą zwyczajną, że młody pracownik naukowy mógł się zwracać do rektora bezpośrednio na korytarzu. Wtedy Uczelnia nie była duża i znaliśmy się wszyscy. Rektor prof. W. Sakwa początkowo niechętnie , ale obiecał. Po kilku miesiącach zameldowałem się w rektoracie, przypomniałem o obietnicy. Rektor prof. Sakwa mnie zrugał, że ja mógłbym przypuszczać, że trzeba mu przypominać o obietnicach. Przykładem poczucia humoru może być zdarzenie, głośne i być może prawdziwe, które miało miejsce na początku istnienia Uczelni. Na początku istnienia Wydziału Metalurgicznego na wykładach prof. Sakwy rzadko uczęszczał student, sportowiec. Na egzaminie prof. Sakwa zapytał go z czego jest zbudowany ruszt wielkiego pieca. Podobno student przytomnie odpowiedział, że z drewna. Odpowiedź, podobno, tak spodobała się egzaminatorowi, że wynik egzaminu uznał za pozytywny. Poza tym jako członek Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej prof. W. Sakwa pilnował i popychał wnioski o nominacje pracowników Uczelni.

Na I roku przedmiot Technologia II (Zarys obróbki i przeróbki matali) wykładał mgr inż. Jan Grajcar. Wykład zaczął od słynnych pierwszych słów w znanym, wśród studentów Politechniki Śląskiej, Krakowskiej i S. inż. w Częstochowie, skrypcie prof. W. Biernawskiego „Obróbka metali a raczej stopów metali (…)” Na specjalizacji, po wykładzie Obrabiarek, egzamin trwał 6 do 8 godzin. Musieliśmy dokładnie obliczać skrzynki prędkości. Mgr inż. Jan Grajcar położył wielkie zasługi w organizacji Katedry Obrabiarek i Obróbki Metali (pierwotna nazwa). Z całego kraju ściągał obrabiarki, zarówno z amerykańskiego demobilu, jak i nowo wyprodukowane krajowe i zagraniczne. Spowodował, że park maszynowy Katedry był dobrze wyposażony w dużą liczbę różnych typów obrabiarek. Poza tym bardzo dużo wysiłku, włożył w budowę klubu z dużą halą sportową. W latach jego urzędowania inwestycje były wyjątkowo utrudnione.

Fot. 5 i 6.Moje zdjęcie w czapce ośmiokątnej, granatowej z czarnym otokiem, jaka wtedy obowiązywała, i ostatnia 34. strona indeksu. Ze zbiorów autora. Wtedy jeszcze niektórzy przedstawiciele władz używali nieaktualnych pieczątek.

Do trudniejszych przedmiotów zaliczała się termodynamika wykładana na sem. III pod nazwą Teoria maszyn cieplnych. Jakoś nie bardzo ją rozumiałem, „wykułem” go na pamięć nie bardzo rozumiejąc, mimo że mgr inż. Semlicz wykładał ją bez zarzutu. Zdałem egzamin na 4+ i stosunkowo szybko zapomniałem. Polubiłem ten przedmiot, gdy przygotowując się do lekcji tego przedmiotu, rozmyślałem jak go przedstawić zrozumiale uczniom w Technikum Mechanicznym, w którym rozpocząłem pracę po studiach, dorabiając do skromnej asystenckiej pensji.

Ćwiczenia z Metaloznawstwa prowadził Stefan Pieprznik, technik, współpracownik prof. W. Sakwy z Blachowni. Niektórzy moi koledzy, mający do czynienia z Metaloznawstwem, podkładali mu pod mikroskop, rożne inne próbki, ale się nie dał. Był dobrym fachowcem. Później skończył studia, i obronił rozprawę doktorską w listopadzie 1962, jako drugi absolwent Politechniki Częstochowskiej, pierwszym byłem ja.

Fot.7. Ostatni wpis do indeksu

Na IV sem. były przedmioty Silniki spalinowe, dla całego rocznika i Dźwignice dla spec. Obrabiarki, w następnych latach już nie prowadzone. Wykład silników miał mgr inż. J. Biskupski, późniejszy kierownik Zakładu Spawalnictwa. Na wykładzie niektórzy studenci próbowali z nim dyskutować, ale robił to fachowo i nie dał się przyłapać na żadnych błędach. Wykład dźwignic miał mgr inż. J. Krajczyk późniejszy kierownik Katedry Części Maszyn. Ostatni wpis do indeksu został dokonany na stronie 20. Na specjalizacji było nas 22. i wszyscy zdali egzamin dyplomowy. Egzaminy dyplomowe na wszystkich specjalizacjach Wydziału Mechanicznego rozpoczęły się 21 stycznia 1953 r. Ja zdałem 29 I 1953. Nie jest jasne ilu było absolwentów I rocznika. Program wykładów Politechniki Częstochowskiej 1956/57 podaje, że absolwentów było 108, ale Księga Jubileuszowa 1949 - 1959 na s. podaje, że absolwentów było 109.

Tą samą liczbę podaje „Wykaz absolwentów Politechniki Częstochowskiej 1949-1999”. A. Gąsiorski na s.197 swojej książki „Politechnika Częstochowska” pisze o 102 absolwentach. Uroczystość wręczenia dyplomów odbyła się w Teatrze dnia 2 III 1953. Odznaczenia otrzymali Eugeniusz Sadowski i ja ( fot.8). Wtedy otrzymałem od Rektora duży komplet cyrkli kreślarskich znanej firmy Richter.

W tych czasach kreślenie tuszem było jedyną możliwością wykonywania rysunków na gotowo, ewentualnie „w ołówku”. Poza tym Rektor wyróżnił 12 osób. Fot. 8. przedstawia pismo, które otrzymałem w związku z odznaczeniem.

Fot. 8. Pismo Rektora S. Inż. w sprawie odznaczenia

Fot.9. Skład absolwentów jak na Fot. 3

Na zakończenie uroczystości Rektor wręczył jednemu z naszych absolwentów skierowanie (prawdopodobnie fikcyjne) do pracy w hucie „Częstochowa”, co miało wydźwięk symboliczny. Był to najprawdopodobniej K. Zawierucha. Później okazało się, że on tej pracy nie podjął.

W kilka dni po uroczystości wręczenia dyplomów, wręczono nam nakazy pracy. Wtedy wszystko było centralnie planowane. Kierowano czasem do zakładów odległych od Częstochowy, niekoniecznie blisko miejsca zamieszkania rodziców. Pamiętam skierowania do pracy tylko niektórych moich kolegów. S Jędrusik i K. Warwas dostali skierowania do FUM w Porębie k/Zawiercia. K. Warwas został tam później głównym konstruktorem, później pracował w CBKO (Centralne Biuro Konstrukcyjne Obrabiarek) w Pruszkowie. M. Rudzki do FUM (fabryka obrabiarek dla kolejnictwa) w Kuźni Raciborskiej. Został tam po kilku latach głównym konstruktorem. K. Zawierucha został dyrektorem Technikum Mechanicznym w Częstochowie przy ul. Wolności 17. T. Górniak , A. Sosnowski w Katedrze Obrabiarek, i R. Juszczuk, również w S. Inż. H. Magnuski został kierownikiem warsztatów w Technikum Hutniczym w Częstochowie. O pozostałych wiem, że prawdopodobnie zostali zatrudnieni w Częstochowie.

Dzięki znajomościom naszego kolegi R. Juszczuka przyjechała Polska Kronika Filmowa i nagrała przebieg wręczania dyplomów. Niestety z powodów śmierci J. Stalina kronika się nie ukazała. Pracę w Zakładzie Narzędzi rozpocząłem dn. 1‐09‐1952. Zostałem mianowany na stanowisko młodszego asystenta w VIII grupie służbowej, a od 1.7. 1953 Rektor S. Inż. nadał mi tytuł asystenta (v fot. 10). Wtedy były to tytuły naukowe.

Fot.10. Nadanie tytułu asystenta.

Dn. 1.4.1954 otrzymałem pismo od Rektora S. Inż. , informujące mnie, że mam pracować w wymiarze 36 godz. tygodniowo, w tym 18 godzin tygodniowo zajęć dydaktycznych, czyli 540 godzin rocznie. Takie było wtedy obciążenie dydaktyczne asystentów. W roku 1956/57 roczne pensum wynosiło 280 godzin rocznie.

Zgłosiłem się do kierownika Katedry Obróbki Matali Skrawaniem z-cy prof. L. Samsonowa, który przydzielił mi prowadzenie zająć w „Laboratorium Obróbki Skrawaniem i Pomiarów Warsztatowych”. Tak wtedy te przedmioty się nazywały. Razem ze mną zajęcia prowadzili: absolwent z mojego rocznika, inż. Jerzy Ślęczka asystent, (pracował 1951‐55) specjalności Obróbka Skrawaniem, mgr inż. Lech Borczyk (1952‐54), mgr inż. S. Skrzynecki (1952-54), mgr inż. H. Durlak 1955‐56. W roku 1954 dołączył inż. Sławomir Rozanow. Ćwiczenia z Obróbki skrawaniem, w liczbie 3 godzin /tyg. obejmowały takie zajęcia, jak zaznajomienie studentów z pracą frezarki obwiedniowej, półautomatycznej szlifierki do kół zębatych firmy Deutsche Niles Werke, automatów tokarskich, podzielnicy uniwersalnej i innych obrabiarek, oraz zaznajomienie studentów z geometrią narzędzi, metodami ich ostrzenia i badaniem trwałości ostrza noży tokarskich. Do niektórych ćwiczeń, dotyczących frezarki obwiedniowej i szlifierki „Niles” , studenci mieli do dyspozycji kilkudziesięciostronicowe instrukcje, które można było wypożyczyć i zapoznać się przed ćwiczeniami. Opracowałem (m. inn). instrukcję obsługi szlifierki „Niles”, wraz podaniem metody doboru kół zmianowych, dokończyłem instrukcję obsługi frezarki obwiedniowej wraz z podaniem metody obliczeń kół zmianowych oraz zaplanowałem obróbkę części na automacie tokarskim BPU‐12. Do innych ćwiczeń wywieszona była lista książek, opisujących tematy ćwiczeń, z którym należało się zapoznać . Studenci byli odpytywanie przed rozpoczęciem ćwiczeń. Początkowo, prowadzący ćwiczenie tylko rozmawiał ze studentami, obrabiarkę szykował i włączał instruktor. W późniejszych latach, gdy instruktorzy byli zajęci innymi pracami, prowadzący sami obsługiwali obrabiarkę, łącznie z zakładaniem kół zmianowych i tp. Na przykład ja sam projektowałem plan obróbki, zaprojektowałem narzędzia i krzywki, oraz zakładałem je i uruchomiałem automat BPU 12. W ten sposób nabieraliśmy wprawy i każdy z nas mógłby być frezerem na frezarce obwiedniowej, a ja dodatkowo ustawiaczem automatów tokarskich. Obowiązywała nas zasada, że gdy student miał 3 nieobecności, lub więcej, nieusprawiedliwione, to nie mógł zaliczyć ćwiczeń. Bardzo to nie podobało się studentom. W późniejszych latach, w ślad za innymi katedrami, zrezygnowaliśmy z odpytywania i ze sprawozdań.

Na ćwiczeniach z Metrologii ( Pomiarów warsztatowych), prowadzonych wtedy na sem. IV całego rocznika w liczbie 2 godz./tyg. Zapoznawaliśmy studentów z metodami pomiaru gwintów, kół zębatych i sprawdzianów i systemem układu tolerancji średnic oraz częściowo tolerancji gwintów i kół zębatych. Przygotowanie do ćwiczeń zajmowało dużo czasu. Wtedy przygotowanie się do zajęć wymagało wiele czasu, nawet kilka lat. Miedzy innymi przeczytałem wszystkie dostępne w kraju książki i odbyłem staż w Zakładach H. Cegielskiego w Poznaniu i w Głównym Urzędzie Miar w Warszawie.

Fot.11. Zajęcia w Laboratorium Pomiarów Warsztatowych

W katedrze wykonywano różne prace zlecone. Pierwszą poważniejszą pracą była budowa i montaż metalowej kopuły Planetarium Śląskiego. Inne firmy nie podjęły się tego zadania, z powodu wysokich wymagań. Pracę rozpoczęto we IX 1954r.. Sprawami organizacyjnymi i montażu zajmował się zajmował się ówczesny kierownik warsztatów w Kadrze Obrabiarek inż. S. Drabek. Metalowa kopuła składała się z ok. 10 tys. płytek łączonych ze sobą w odpowiedni sposób. Z prętów wykonano kopułę w postaci „pajęczyny” Na kopule tej rozpięty był dopiero ekran. Do mnie należało opracowanie technologii wykonania płytek. W stosunku do płytek stawiane były wysokie wymagania.

Fot. 12. Pręty (sztabki), tworzące kopułę, na której rozpięty był ekran.

Wymiar L (długość v. fot. 12) miał dopuszczalne odchyłki ± 0, 05 mm, co przy wymiarach płytek od 700 mm do 1000 mm oznaczało tolerancje IT7 lub IT8 według ISO. Opracowałem narzędzie (frez zataczany) do wykonywania płytek i przyrząd do ich kontroli (fot. 12). Do mnie należało również wykonanie płytek. Fragment przyrządu pomiarowego przedstawia fot. 12. Pomiar płytki polegał na ułożeniu kontrolowanej płytki na końcówce (3) czujnika zegarowego (6) z prawej strony przyrządu. Lewa strona płytki kładziona była na podobnej końcówce po lewej stronie przyrządu. Przyrząd nastawiany był na odpowiedni wymiar płytkami wzorcowymi.

Fot. 13. Przyrząd do kontroli prętów do kopuły Planetarium Śląskiego. Fragment. Brak lewej strony przyrządu.

Dnia 14 IV 1954 Rektor S. Inż. powiadomił mnie, że na podstawie decyzji Komisji Kwalifikacyjnej został mi „ nadany tytuł starszego asystenta”, o czym powiadomiono Prezydium PAN i CKK. Zgodnie z art.72 ustawy z dn. 15 XII 1951 o szkolnictwie wyższym i o pracownikach nauki był to tytuł naukowy. Była to druga po wojnie ustawa o szkolnictwie wyższym ( D. U. nr 6 z 15 XII 1951). Pierwszą był „Dekret z dn. 28 X 1947”.

Wyżej wymieniona ustawa z 1951r. wprowadziła dużo zmian w stosunku do poprzedniej ustawy, to jest ustawy z 15 III 1933 (DU 1933 Nr 29, ze zmianą z dn.2 VII 1937 DU 1937 Nr 32) o szkołach akademickich. Nowa ustawa z 1951 r. głosiła ( bez wnikania w szczegóły): rektorów, prorektorów, oraz kierowników innych komórek organizacyjnych i samodzielnych pracowników nauki powołuje minister, samodzielnym pracownikiem nauki jest pracownik (…), który uzyskał tytuł naukowy profesora zwyczajnego , nadzwyczajnego lub docenta; pomocniczym pracownikiem nauki jest pracownik , (…) który uzyskał tytuł adiunkta, starszego asystenta lub asystenta.

Ponad to ustawa mówiła : „Niższym stopniem naukowym jest stopień kandydata nauk ; wyższym (…) jest stopień doktora nauk”, inaczej niż w dekrecie z dn. 28 X 1947 i w ustawach przed wojną, ale podobnie jak to miało miejsce w ZSRR. Ustawa również podała, w Art. 71.1. że „Dotychczasowi profesorowie zwyczajni (…) uzyskują stopień naukowy doktora nauk”.

Ustawa z 1933 r. (wraz z uzupełnieniami z r. 1937) roku dotyczyła uczelni akademickich. Według ustawy senat akademicki był naczelną władzą kolegialną szkoły. Według ustawy urząd rektora był najwyższą godnością w szkole, miał prawo zawieszać niektóre uchwały, przysługiwał mu tytuł Magnificencji i wybierano go z pośród profesorów zwyczajnych zebranie delegatów wydziałów na okres 2 lat. Wybór rektora podlegał zatwierdzeniu przez Prezydenta RP. Po II wojnie Dekret z dn. 28 X 1947 stanowił, że w szkole wyższej zawodowej rektora mianuje Minister Oświaty, a w uczelni akademickiej powołuje Prezydent RP. Pierwsze wybory rektora po II Wojnie odbyły się w 1956r.

Art. 17 ustawy z 1933 r. stanowił, że dziekan jest władzą zarządzającą wydziału. Dziekana wybierała rada wydziału na okres roku z pośród profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych. Art. 28. (1) stanowił: do grona nauczycielskiego szkoły akademickiej należą: nauczyciele akademiccy, tj, profesorowie honorowi; zwyczajni, nadzwyczajni, tytularni, kontraktowi, docenci i zastępcy profesorów i nauczyciele nieakademiccy. Profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych mianował Prezydent Rzeczypospolitej. Ustawa nic nie mówiła o nauczycielach nieakademickich ( adiunktach i asystentach). Jedynie art. 37 mówi, że „ Wykłady i ćwiczenia, prowadzone przez nauczycieli nieakademickich, znajdują się, pod opieką naukową profesora”. Sprawy pomocniczych pracowników naukowych regulowały inne rozporządzenia.

Wtedy habilitacja nie była stopniem naukowym, lecz prawem wykładania (venia legendi). Osoby z prawem wykładania otrzymywały tytuł docenta. Tytuł ten obowiązywał na czas ograniczony. Ustawa przewidywała dwa akademickie stopnie naukowe: niższy i wyższy (art.41). Przez stopień niższy rozumiano stopień jaki się uzyskiwało na zakończenie studiów w szkole akademickiej. Stopniem wyższym był stopień doktora. Trzeba pamiętać ,że w 1954 r. szkoły Inżynierskie nie były uczelniami akademickimi i obowiązywały dla nich inne przepisy.

Zimy w latach 1953 i 1954 bywały ostre. Nowy budynek Wydziału Budowy Maszyn miał własną kotłownię, usytuowaną w piwnicy budynku, od strony zachodniej. Ogrzewanie budynku polegało na tym, że obieg gorącej wody był grawitacyjny i w budynku było zimno, ok. 0 stopni C. Dotyczyło to zwłaszcza wschodniej strony budynku, gdzie odbywały się wtedy zajęcia z Metrologii. Pierwszej zimy po oddaniu budynku do użytku pracowaliśmy w zimowej odzieży. Spowodowało to moje zaziębienie i zapalenie opłucnej. Miałem zwolnienie lekarskie ok. 1 miesiąc. W następnym sezonie podłączono pompę do obiegu i już ogrzewanie działał prawidłowo. Bardzo negatywnie odbiło się to później na mojej kondycji.

Moja współpraca ze zwierzchnikiem, którym był z‐ca prof. mgr inż. Leonid Samsonow, kierownik Katedry Obróbki Skrawaniem i jednocześnie dziekan Wydziału Budowy Maszyn, układała się dobrze. Mgr Inż. L. Samsonow do S. Inż. w Częstochowie przybył z Politechniki Śląskiej, gdzie był adiunktem. Przedtem studiował i pracował na Politechnice Lwowskiej. Zdarzało się, że był trudno uchwytny w zakładzie, bo często bywał w dziekanacie jako dziekan. Poza tym miał jakieś zajęcia na Politechnice Śląskiej i był działaczem ZNP i PZMot. Wtedy dziekanatem kierowała (podobno od 1950 roku) pani Janina Kołodziejczyk, słynna pani Janka, która słynęła z bardzo dobrej pamięci i sprawnie kierowała dziekanatem. Dziekanat pracował prawidłowo nawet wtedy, jeżeli dziekan nie był dobrym organizatorem lub zanadto nie przykładał się do pracy w dziekanacie. Na Uczelni istniały następujące organizacje: POP (Podstawowa Organizacja Partyjna) PZPR, ZOZ ZNP ( Związek Nauczycielstwa Polskiego), ZMP (Związek Młodzież Polskiej), ZSP(Związek Studentów Polskich), Liga Kobiet, TPPR(Towarzystwo Przyjaźni Polsko‐Radzieckiej i Komitet Obrońców Pokoju.

W tych czasach panowała moda na różne „zobowiązania”, a mianowicie z okazji np. świąt I maja lub innych ważnych wydarzeń politycznych zobowiązywano się do wykonania różnych czynów. I tak na przykład kierownik Zakładu Narzędzi w imieniu własnym i swoich współpracowników zobowiązywał się, z okazji różnych ważnych wydarzeń się politycznych, do wykonania dodatkowo, np. instrukcji do ćwiczeń , które powinny być wykonywane w ramach zwykłych obowiązków. Zobowiązanie te nigdy nie były wykonywane i nikt nie sprawdzał ich wykonania.

W tych czasach panowała moda na różne „zobowiązania”, a mianowicie z okazji np. świąt I maja lub innych ważnych wydarzeń politycznych zobowiązywano się do wykonania różnych czynów. I tak na przykład kierownik Zakładu Narzędzi w imieniu własnym i swoich współpracowników zobowiązywał się, z okazji różnych ważnych wydarzeń się politycznych, do wykonania dodatkowo, np. instrukcji do ćwiczeń , które powinny być wykonywane w ramach zwykłych obowiązków. Zobowiązanie te nigdy nie były wykonywane i nikt nie sprawdzał ich wykonania.

Szybko okazało się, że na uczelni studia I stopnia nie wystarczą. Sprawa dotyczyła wielu moich kolegów. Zacząłem się zastanawiać nad podjęciem studiów na politechnice Śląskiej, ale władze Szkoły Inżynierskiej postanowiły zorganizować w roku akademickim 1954/55 dwuletnie studia magisterskie dla pomocniczych pracowników nauki. Było nas 50 osób. Zajęcia miały częściowo postać wykładów, jak na przykład matematyka lub seminaryjny. Na przykład w ramach przedmiotu metaloznawstwo opracowałem kilkunastostronicowy referat, dotyczący stali szybkotnącej.

W 1955 roku Fabryka Maszyn Radomsko zwróciła się do Katedry Obrabiarek ( tak się wtedy nazywała Katedra, w której pracowałem) z propozycją o opracowania procesu technologicznego nowo uruchamianej produkcji sprężarek amoniakalnych S1 i S2 x100. Część dotycząca obróbki skrawaniem stanowiła pracę magisterską S. Rozanowa i moją. Pracę wykonano w l. 1955‐1956. Obejmowała proces technologiczny, oprzyrządowanie i narzędzia specjalne w ilości kilkudziesięciu sztuk. Wszystkie nasze konstrukcje wykonano w metalu i wdrożono. Honoraria autorów wynosiły po ok. 4 tys. zł. Wtedy pensja st. asystenta wynosiła 800 zł. Średnia płaca w gospodarce uspołecznionej wynosiła wtedy 1008 zł.

Egzamin dyplomowy odbył się 13 IV 1956 roku. Zarówno praca dyplomowa jak i egzamin dyplomowy zakończył się dla nas wynikiem bardzo dobrym. Przewodniczącym komisji egzaminacyjnej na egzaminie dyplomowym był prof. T. Pełczyński z Politechniki Warszawskiej.

Poniżej przestawione są rysunki urządzeń zaprojektowanych przez S. Rozanowa i mnie, plan obróbki (operacja 6. wykonanie otworów) karteru sprężarki S1x100 oraz trzeci rysunek detalu, wchodzący w skład pracy dyplomowej. Była to prawdopodobnie jedyna praca dyplomowa całkowicie wdrożona w przemyśle.

Fot. 14. Przyrząd tokarski zaprojektowany przez S. Rozanowa. Format oryginału A2. Fragment rysunku.

Fot. 15. Głowica do dogładzania otworu cylindra sprężarki amoniakalnej S1x100. Format oryginału A2. Autor T. Lechowski

W 1953 roku przyjęto w Polsce zamiast międzynarodowego układu tolerancji średnic, układ istniejący w ZSRR. Spowodowało to duże zakłócenia w gospodarce narodowej. Przykład wymiarowania rysunku detalu przedstawiony został obok. Tabelka u góry po lewej stronie podaje przeliczenie tolerancji ze starego układu na układ nowy. W normach ISA wymiary zewnętrzne (wałki) oznaczano małymi literami i tak n6 oznaczało wałek mocno wciskany w 6 klasie , wałek g6 obrotowy ciasny. W nowo obowiązującym układzie GOST wałki (wymiary zewnętrzne) oznaczano dużymi literami. Żeby je odróżnić do litery oznaczającej rodzaj wałka lub otworu dodawano z przodu u góry kropkę. Przeliczenia te sprawiły trudności pracownikom starszego pokolenia, zwłaszcza nie znającymi języka rosyjskiego. Układ ten (ГОСТ) obowiązywał do 1956 r. Błędy kształtu i falistość powierzchni jeszcze wtedy nie były ujęte normami.

Fot. 16. Rysunek czopa centrującego w przyrządzie wiertarskim. Oznaczenia chropowatości i tolerancji według obowiązujących wtedy norm.

Poniżej (fot.17) przedstawiona została typowa wtedy karta procesu technologicznego korpusu sprężarki amoniakalnej.

Fot. 17. Proces technologiczny karteru sprężarki. Operacja 6. Obróbka otworów. Wykonał T. Lechowski. Tak kiedyś wyglądał proces technologiczny.

Dnia 11 VII 1956 nadano mi tytuł naukowy adiunkta z uposażeniem ok 1200 zł (jako starszy asystent zarabiałem 800 zł). Wtedy niektórzy moi koledzy, którzy po skończeniu studium odeszli np. do przemysłu hutniczego zarabiali 2500 zł. Średnie wynagrodzenie miesięczne w 1956 roku wynosiło 1118 zł. Na jesieni 1956 r. po podwyżce, zarabiałem 2030 zł. Wtedy od adiunktów stopień doktora nie był jeszcze wymagany. Pozytywną stroną tamtejszego systemu płac było to, że z każdym awansem była związana podwyżka. Nie było tzw. „widełek” wprowadzonych w latach 90., polegających na tym , że można było awansować ale nie dostać podwyżki.

Względnie niskie płace w resorcie SW było przyczyną płynności kadr. Na przykład w Instytucie Technologii Mechanicznych (poprzednio ITM i AP) w latach 1949‐99 było zatrudnionych razem 93 pracowników dydaktycznych, ale 46 pracowało krócej niż 5 lat. Nowo zatrudniani absolwenci P. Cz. mieli prawie zawsze wysoką średnia wyników nauczania. Niektórzy, po znalezieniu lepiej płatnej pracy odchodzili. W innych instytutach i katedrach na Wydziale Budowy Maszyn było podobnie.

Pracując w Zakładzie Narzędzi byłem świadkiem narastającej biurokracji . Na przykład rozliczenie godzin nadliczbowych wyglądało w ten sposób, że wystukiwałem jednym palcem, sekretarki wtedy jeszcze nie było, sprawozdanie, z którego wynikało, że w danym semestrze pracownicy wykonali godziny zgodnie z planem. Jedynie kierownik Zakładu miał tyle a tyle godzin nadliczbowych. I to wystarczało. Niestety zdarzały się nadużycia polegające na tym, że niektórzy kierownicy zakładów na wydziale Budowy Maszyn wpisywali na swoje konto godziny, które prowadzili asystenci, będący jednocześnie studentami kursu magisterskiego dla pracowników uczelni. Na nadużycia te zwrócił uwagę prof. W. K. na zebraniu pracowników Wydziału Budowy Maszyn w 1954r. Tu trzeba przy okazji wspomnieć prof. W. K. Był on po wojnie działaczem partyjnym wysokiego szczebla. Zdarzyło mu się jednak, że wojna zastała go w 1939 roku we Lwowie. Prawdopodobnie został wywieziony do GUŁAGU. W oficjalnym życiorysie nie mógł tego napisać. Napisał więc, co odczytano na zebraniu na Wydziale Budowy Maszyn, że „ Partia skierowała go do wyrębu lasu” Nieco inaczej przedstawia życiorys prof. K. A. Gąsiorski w książce „Politechnika Częstochowska 1999‐2009” na s. 299.

Wprowadzano coraz dokładniejszy system rozliczania godzin nadliczbowych. Pierwszą stronę karty, na której rozliczano godziny przedstawia fot. 19.

Fot. 19. Pierwsza strona karty ewidencyjnej za semestr letni 1956/57

Fot. 20. Druga strona karty ewidencyjnej.

Karta dotyczyła Zakładu Narzędzi, przyrządów i Obróbki Skrawaniem, wchodzącego w skład Zespołowej Katedry Obrabiarek. Kierownikiem Zakładu był z‐ca prof. L. Samsonow. Wtedy w Zakładzie pracowały 3 osoby. Nadużycia polegały między innymi na tym, że niektórzy tzw. Samodzielni pracownicy naukowi (według ówczesnych ustaw zastępcy profesorów nie byli uważani za samodzielnych pracowników nauki) przypisywali sobie godziny dydaktyczne prowadzone przez pracowników, będących jednocześnie słuchaczami studium magisterskiego.

Na drugiej stronie, u góry podano wykaz przedmiotów. W dolnej części podano obciążenie. Ze względu na wakat zostali obciążeni pracownicy innych zakładów wchodzących w skład katedry, to jest z‐ca prof. Romuald Zwoliński i kierownik katedry prof. Eugeniusz Kuczyński (błędnie przypisano mu imię Edward). Inż. S. Rozanow i ja mieliśmy niedociążenie, wynikłe stąd, że godzin ćwiczeń laboratoryjnych już nie było, a tzw. samodzielni pracownicy uważali, że tylko oni mogą prowadzić ćwiczenia rachunkowe.

Wtedy kierownictwo katedry wolało mieć godziny nadliczbowe, niż zatrudniać asystentów. W latach 149‐56 przybyło i odeszło 12 pracowników, głównie z powodu niskich plac. Wtedy poszczególne zakłady rozliczały się na kartach formatu A4. W następnych latach rozliczenia dokonywane były, nie przez poszczególne zakłady, a przez katedry. W końcu XX wieku rozliczenia sporządzanie były na arkuszach A0, a ostatnio elektronicznie. W tych czasach układanie programów nauczania było sprawą dość prostą. Chodziło o przedmioty prowadzone przez Katedrę. Zakres przedmiotów ogólnych ustalało Ministerstwo S. W. Po ożywionej dyskusji pomiędzy kierownikami zakładów i kierownikiem Katedry, ale jeszcze nie kłótni, po około godzinie ustalono siatkę godzin i przydział przedmiotów do każdego zakładu. Zażartość dyskusji powodował fakt, że o dodatku za kierownictwo zakładu decydowała liczba pracowników w danym zakładzie. Aby kierownik zakładu mógł mieć dodatek musiało być co najmniej pięciu pracowników i dlatego czasem do danego zakładu przypisywano pracowników nie zawsze zgodnie z faktycznym zatrudnieniem. Tu trzeba wspomnieć o z‐cy prof. R. Zwolińskim kierowniku Zakładu Technologii Maszyn. Był on osobą lubianą, elokwentną i bardzo energicznie wykłócał się o przedmioty. Poza tym służył kiedyś w Armii Austriackiej jako jednoroczny ochotnik i miał o czym opowiadać.

W 1956 roku nastąpiły ważne wydarzenia zarówno w kraju jak i dla Politechniki ( od 1955 r Politechniki). Nastąpiły pierwsze wybory rektora. Wybory wygrał doc. (wtedy już docent) dr inż. Jerzy Kołakowski z niedużą większością głosów. Kontrkandydat nie pogodził się z przegraną i kilka dni później na zebraniu pracowników ogłosił, że tych wyborów nie uznaje. Dramatyczny przebieg wydarzeń na Politechnice opisał, dość szczegółowo, dr inż. A. Gąsiorski w książce „ Politechnika Częstochowska 1949‐1999”, ale pominął niektóre ważne szczegóły. Na przykład na słynnym wiecu w dn 20 X 1956 na hali obrabiarek na trybunie zgromadzenia siedział również prof. K. i przemawiał. Jego wypowiedź bardzo nie spodobała się studentom i został wygwizdany. Przebieg wydarzeń w 1956 roku na Politechnice Częstochowskiej opisał również dokładnie J. Wawrzak absolwent wydziału Metalurgicznego z r 1959, autor powieści „Rekomendacja” Wydawnictwo Łódzkie 1966. W powieści tej opisał wydarzenia w roku 1956 w Politechnice Częstochowskiej i wcześniejsze, z punktu widzenia działacza młodzieżowego. Książka napisana była bardzo nie przejrzyście. Obydwaj autorzy nie wspominają o powstaniu Sekcji Młodych przy ZOZ ZNP. Pamiętam, że działali w niej Wł. Wolkenberg absolwent Wydziału Metalurgicznego, W. Turczyński pracownik katedry Podstaw Marksizmu Leninizmu i inni pomocniczy pracownicy naukowi, wśród nich ja. Powodem powstania Sekcji Młodych było niezadowolenie pomocniczych pracowników nauki z powodu złego ich traktowania przez zwierzchników, niektórych p.o. samodzielnych pracowników nauki. Na tym tle zebrania pracowników dydaktycznych miały przebieg dość burzliwy. Było dużo wzajemnych zarzutów.

Jednak szubko okazało się, na mocy ustawy z dn. 5 XI 1958,(Art.95) że adiunkt musi mieć doktorat. Przed uchwaleniem nowej ustawy były dyskusje o jej treści, ale o doktoratach adiunktów nie było mowy. Wspomniana ustawa stanowiła, ( Art.77)że stopniami naukowymi są stopień doktora i stopień docenta (nadawany w drodze przewodu habilitacyjnego Art.83). Ze stopnia kandydata nauk zrezygnowano. Wprowadzono zasadę rotacji pracowników pomocniczych i nowe stanowiska wykładowców. Wykładowców już nie zaliczano do grupy pracowników nauki. Do grupy samodzielnych pracowników nauki zaliczały się osoby na stanowiskach docenta etatowego, profesora zwyczajnego lub nadzwyczajnego (Art.88), a do grupy pracowników pomocniczych osoby powalane na stanowisko asystenta, starszego asystenta lub adiunkta.

W końcu lat 50. coraz pilniejszy stał się problem doktoratów zwłaszcza wśród p.o. samodzielnych pracowników naukowych. Panował pogląd, że najpierw mają pisać prace doktorskie zastępcy profesora a asystenci później. W Katedrze Obrabiarek, jej kierownik, prof. E. Kuczyński dużo wysiłku poświęcił, aby pomóc trzem samodzielnym pracownikom Katedry w załatwianiu spraw związanych z ich doktoratami. Bez niego tych doktoratów by nie było. Niestety mnie prof. Kuczyński powiedział mi, że mogę jeszcze poczekać, gdy mu powiedziałem , że nie mam jeszcze 30 lat. Być może dlatego , że sam zrobił doktorat w wieku powyżej 50 lat.

Niestety mój bezpośredni zwierzchnik, kierownik zakładu, ponieważ sam niezbyt się przykładał do tych spraw, obarczał mnie różnymi dodatkowymi obowiązkami. Faktu wykonywania pracy nie można było ukryć, ponieważ robiłem pomiary w laboratorium.

Nie był człowiekiem złym, ale było mu przykro, że jego asystent może zrobić doktorat wcześniej niż on. Wtedy doktoraty nie były tak powszechne jak teraz. Pod koniec roku 1956 tylko 5 osób w Politechnice Częstochowskiej miało stopień doktora, a 3 tytuł profesora. Wtedy było bardzo mało konferencji naukowych, gdzie młody pracownik nauki mógłby znaleźć kandydata na promotora. Znalezienie promotora nie było rzeczą prostą. Zupełnie inaczej jest obecnie. Słuchacz studiów III stopnia ( doktoranckich) dostaje temat, przydziela mu się promotora i praktycznie wszyscy uzyskują stopień doktora. Obecnie nie ma szansy zatrudnić ich na Uczelni, z powodu niżu demograficznego, nadmiaru doktorów i mają trudności z zatrudnieniem, zgodnie ze zdobytymi kwalifikacjami.

Przygotowując się do zajęć z Metrologii , zauważyłem sprzeczności pomiędzy poprawkami, podawanymi przez różne publikacje, na odkształcenie sprężyste przy mierzeniu średnicy podziałowej gwintów wałeczkami. Przestudiowałem dokładniej literaturę , głównie niemiecką i zacząłem pisać referat, w oparciu o teorię Hertza. Wyniki sprawdzałem eksperymentalnie, posługując się optimetrem o działce elementarnej 1 μm. Wybitnym specjalistą w tej dziedzinie był pracownik GUM (Główny Urząd Miar w Warszawie)doc. (później prof.) A. Tomaszewski. Załatwiłem parotygodniowy staż w GUM (w kwietniu 1958). Zostałem tam przeszkolony w zakresie obsługi płytek wzorcowych, zapoznałem się z aparaturą i zawarłem znajomość z doc. A. Tomaszewskim. Doc. A. Tomaszewski, chętnie ze mną rozmawiał, pozytywnie ocenił mój artykuł i uznał że temat po odpowiednich przeróbkach nadaje się na temat rozprawy doktorskiej.

Wykorzystując fakt, że prof. T. Pełczyński (Polit. Warszawska) był przewodniczący komisji mojego egzaminu dyplomowego, poprosiłem go o pomoc w znalezieniu promotora. Sam prof. T. Pełczyński był specjalistą w innej dziedzinie niż moja. Zostałem skierowany do doc. mgr. Inż. E. Wolniewicza kierownika Katedry Metrologii na Wydziale Mechanicznym –Technologicznym Polit. Warszawskiej. Doc. E. Wolniewicz uznał, że temat po uzupełnieniach nadaje się na pracę doktorską. Jeździłem do niego co parę miesięcy, w miarę postępu pracy. Tu muszę nadmienić, że asystenci doc. Wolniewicza zazdrościli mi, że dla mnie ma czas, a oni mają trudności z kontaktami z doc. Wolniewiczem. Myślę, ze wnikało to stąd, że doc. Wolniewicz miał dużo różnych funkcji na uczelni. Mnie musiał przyjmować, bo byłem umówiony telefonicznie. Po otwarciu przewodu uzyskałem stypendium przez rok, 1000 zł na miesiąc. Stypendium wtedy było dość łatwo uzyskać, bez biurokracji i sprawozdań, ale trzeba było zrezygnować z innych dochodów.

Przed wakacjami 1962 r, nie pamiętam dokładnej daty, promotor poinformował mnie, że czas pracę kończyć. Miałem jeszcze uzupełnić pracą o jeszcze jeden rozdział, ale promotor uznał, że nie jest on potrzebny, co mnie bardzo ucieszyło. Później dowiedziałem się, że ma składać wniosek o nadanie tytułu profesora. Wtedy przepisy wymagały, aby kandydat do tytułu profesora wypromował jednego doktoranta (obecnie dwóch).

Moja praca miała częściowo charakter analityczny i częściowo eksperymentalny. Wyznaczyłem w niej odkształcenia pomiędzy wałeczkiem pomiarowym a gwintem przy pomiarze gwintów wałeczkami w oparciu o teorię Hertza. Jednak okazało się, że wałeczek w bruździe gwintu ulega przesunięciu pod wpływem nacisku mierniczego i występują siły tarcia. Teoria Hertza tego nie uwzględnia. Postanowiłem eksperymentalnie uwzględnić wpływu tarcia pomiędzy wałeczkami, a powierzchnią gwintu. przy pomiarze średnicy podziałowej gwintu. Pomiary wykonywane były przy pomocy ultra optimetru z działką elementarną 0,2 μm. Okazało się, że zależność odkształcenia wywołanego naciskiem mierniczym a parametrami mierzonego gwintu da się przedstawić, w przybliżeniu, w postaci funkcji potęgowej, a przy pomocy linearyzacji, przy pomocy czterech równań z czterema niewiadomymi. Aby obliczenia jeszcze bardziej uprościć zastosowałem rachunek krakowianowy. Wtedy eto (elektroniczna technika obliczeniowa) jeszcze nie była rozpowszechniona. Niestety nie mogłem liczyć na pomoc pracowników technicznych przy wykonywaniu próbek i musiałem je wykonywać sam.

Fot. 21. Egzamin z Ekonomii politycznej. Od lewej: Prof. Chajtman egzaminator, doc. mgr inż. E. Wolniewicz promotor, doktorant, prodziekan do spraw nauki. Fot. 22. Nagroda Ministra

Obrona odbyła się 17 XI 1962. Tego samego dnia przed obroną odbył się egzamin z Ekonomii politycznej. Inne egzaminy zdałem wcześniej. Recenzentami byli doc. mgr inż. T. Sawicki z Katedry Metrologii Technicznej Polit. Warsz. i prof. dr E. Kuczyński z Polit. Częst. Nagrodę zawdzięczam głownie prof. E. Kuczyńskiemu, gdyż po obronie zaproponował to doc. E. Wolniewiczowi a on odpowiedni wniosek zgłosił do Rady Wydziału. Tak to wtedy się odbywało. W ten sposób zostałem pierwszym absolwentem Politechniki Częstochowskiej, który uzyskał doktorat. Następny był dr inż. S. Pieprznik z Katedry Odlewnictwa.

Uzyskując stopień doktora w 1962 r. uzupełniłem jedynie zaległość, gdyż ustawa z dn. 5 XI 1958 o szkolnictwie wyższym, niespodziewanie wprowadzona, wymagała od adiunktów doktoratu, i nadał podlegałem rotacji. Poczynając od dn. 15 VI 1961 Uczelnia zawierała ze mną trzykrotnie umowy na 3 lata.

W 2012 roku dowiedziałem się, że niemiecka firma WE – SSoftware & Kalibrierservice (v fot. 23). stosuje i zaleca moją metodę wyznaczania poprawek na odkształcenie sprężyste przy pomiarze średnicy podziałowej gwintów. Firma WE Software & Kalibrierservice zajmuje się produkcją i serwisem sprawdzianów, w tym sprawdzianów do gwintu. Metoda pomiaru średnicy podziałowej gwintów wałeczkami zalicza się do dokładnych metod i w przypadku pomiaru gwintów dokładnych np. sprawdzianów należy stosować poprawki na odkształcenie sprężyste. W Niemczech w XX wieku opracowano 4 metody wyznaczania poprawek na odkształcenie sprężyste przy pomiarze średnicy podziałowej gwintów wałeczkami. Dwie przed moim doktoratem, firma K. Zeiss Jena w l. 50. Uznała je za przestarzałe. Dwie następne powstały po moim doktoracie, ale są one b. skomplikowane i ich dokładność nie została wyznaczona.

Fot. 23. Informacja firmy WE Software & Kalibrierservis

Dnia 20.6.1963 kierownik Katedry Technologii budowy Maszyn prof. dr E. Kuczyński powierzył mi wykłady (v. fot.24). Dotąd w naszej Katedrze było przyjęte, ze asystenci mogą prowadzić tylko ćwiczenia laboratoryjne. Ćwiczenia rachunkowe były zastrzeżone dla tzw. samodzielnych pracowników. Przedmioty te poprzednio wykładał z‐ca prof. L. Samsonow, kierownik Zakładu Narzędzi. W wymienionym piśmie użyto nazw tradycyjnych.

Fot. 24. Pismo Kierownika katedry

W powyższym piśmie jest mowa o „Miernictwie Warsztatowym”. Jest to tradycyjna nazwa, kiedyś używana. W pierwszej połowie XX w. i wcześniej, przez warsztat rozumiano wydział produkcyjny. Obecnie przez warsztat rozumie się np. stół do pracy lub warsztat rzemieślniczy. Od lat 70. używa się nazwy np. Metrologia Parametrów Geometrycznych. Podobnie, przy zatwierdzaniu programów, urzędnik w ministerstwie zwrócił uwagę na, jego zdaniem, niewłaściwą tradycyjną nazwę „Narzędzia Skrawające”. Dopiero wprowadzona przeze mnie nazwa „Podstawy Konstrukcji Narzędzi” usatysfakcjonowała urzędnika.

Dzięki dość dobrze, wtedy, wyposażonej hali obrabiarek w Katedrze Obrabiarek można było wykonywać różne prace zlecone. I tak, oprócz innych prac, w latach 50. Wykonano pod moim kierownictwem wtryskarkę do tworzyw sztucznych. Wtedy to była nowość. Katedra otrzymała szereg zleceń od Fabryki Materiałów Biurowych w Częstochowie. Między innymi w latach 1957‐1958 Katedra otrzymała zlecenie na wykonywanie form wtryskowych i przygotowaniu produkcji wiecznego pióra „Mont Blanc”. Mój udział polegał na opracowaniu technologii części metalowych na automat tokarski i konstrukcji przyrządu do walcowania gwintu i nadzór na wykonaniem niektórych form wtryskowych. Napęd tłoczka pióra wiecznego, składał się ze śruby i nakrętki z gwintem wielozwojnym.

Ze względu na gwint wielozwojny, gwint na śrubie można było wykonać tylko walcowaniem. Przyrząd do walcowania gwintu przedstawia fot. 25. Ze względu na brak odpowiednich urządzeń przyrząd (1) do walcowania gwintu, przy pomocy płaskich szczęk, zainstalowano na strugarce poprzecznej (2). Półfabrykaty tłoczków były wkładane do podajnika (3) a ruchoma szczęka do walcowania (4) umieszczona była w suporcie strugarki. Technologię nakrętek z gwintem wielozwojnym, łącznie z gwintownikiem specjalnym opracował mgr inż. S. Rozanow.

Fot. 25. Przyrząd do walcowania gwintu na strugarce poprzecznej.

W latach 1968‐69 braliśmy udział, jako główni wykonawcy, razem z mgr inż. S. Rozanowem, w badaniach nowych gatunków stali szybkotnących zleconych przez Instytut Obróbki Skrawaniem (IOS) w Krakowie. Był to fragment obszernych badań nowych 7 gatunków stali SS. Współautorzy opracowali oryginalna metodykę badań i opracowanie wyników. Wtedy metodyka opracowania wyników badań nie była znana w IOS, mimo, że był to ośrodek wiodący w kraju w zakresie badań w dziedzinie obróbki skrawaniem. Fot. 26. przedstawia przykład oryginalnego, porównania gatunków stali szybkotnącej opracowanego przez mgr inż. S. Rozanowa.

Fot. 26. .Przykładowe porównanie gatunków stali SS. Oznaczenia: + gatunek zgodny, ‐ gatunek niezgodny, o brak istotnej różnicy.

Wykonując rozprawę doktorską musiałem zająć się geometrią powierzchni śrubowej. Przeglądając literatur dotyczącą powierzchni śrubowych walcowych, doszedłem do wniosku, że jest tam dużo problemów nieopracowanych. Postanowiłem się tym zająć. W ten sposób zaczęła się praca o późniejszej nazwie „Geometryczne i technologiczne problemy przy wykonywaniu ślimaków walcowych”. Po rozpracowaniu wstępnym założeń, i opracowaniu wstępnego rozdziału, zwróciłem się do prof. St. Kunstettera z Politechniki Warszawskiej z prośbą o opinie o przydatności projektu pracy jako habilitacji. Do rozmowy z prof. S. Kunstetterem skłonił mnie fakt, że prof. S. Kunstetter zabierał glos na mojej obronie rozprawy doktorskiej i wyrażał się dość życzliwie. Prof. S. Kunstetter był wtedy najwybitniejszym w kraju specjalistą w dziedzinie geometrii narzędzi i przyjął mnie życzliwie. Spodobało mu się, że jest ktoś oprócz niego kto interesuje się geometrią narzędzi do uzębień. Początkowo miał zastrzeżenia do mojego podejścia do tematu. Początkowo uważał, że należy podejść w sposób tradycyjny, a mianowicie należy jego zdaniem , mając dany zarys przedmiotu obrabianego należ wyznaczyć zarys narzędzia. Jednak dał się przekonać, że badanie powierzchni narzędzia może mieć charakter bardziej oryginalny, tym bardziej że takich badan dotąd nie prowadzono. Chodziło tu o powierzchnie śrubowe walcowe, stożkopochodne. Rozpatrywałem ogólniejszy przypadek, gdy powierzchnia działania narzędzia do obróbki ślimaków jest hiperboloidą jednopowłokową, a narzędzie ustawione pod dowolnym kątem względem osi ślimaka. Po pewnym czasie, w miarę postępu pracy, krótkie pismo od prof. S. Kunstettera wystarczyło do uzyskania stypendium habilitacyjnego. W 2. połowie lat 60. Wynosiło ono 1500 zł i nie wymagano żadnych sprawozdań, jedynie wymagano, aby stypendysta zrezygnował z dodatkowych dochodów. Jako adiunkt zarabiałem wtedy 2100 zł/mc. Również bardzo krótka recenzja wydawnicza prof. S. Kunstettera wystarczyła do skierowania mojej pracy do druku. W końcu kwietnia 1967 przyniosłem maszynopis pracy do „Wydziału Kontroli Prasy (…)” (cenzury), 12 V 1967 oddano pracę do druku, druk ukończono na początku VI (czerwca) 1967. Natychmiast zawiozłem egzemplarze pracy do Dziekanatu Wydziału Mechanicznego Technologicznego P. W.

Dnia 22 VI 1967 Dziekanat wysłał zlecenia recenzentom. Recenzje zlecono prof.B. Kiepuszewskiemu z Polit. Poznańskiej, prof. Z. Kornbergerowi z Polit. Łódzkiej i prof. S. Kunstetterowi z Polit. Warszawskiej. Warto tu zwrócić uwagę, że wszyscy trzej byli profesorami zwyczajnymi, wybitnymi fachowcami w swojej specjalności, ale nie mieli doktoratów ( Prof. Z. Kornberger uzyskał doktorat później). Wtedy doktoraty i habilitacje nie były tak powszechne, jak obecnie. Na obronie odczytano opinię profesora , matematyka, który oświadczył, że jako matematyk nie ma zastrzeżeń.

Pierwszą recenzję nadesłał prof. Z. Kornberger (ss. 3) 25 IX 1967, prof. S. Kunstetter w październiku a prof. B. Kiepuszewski 30 XI 1963 (ss7). Wnioski ostateczne z recenzji były podobne: prof. Z. Kornberger, jako specjalista w dziedzinie przekładni ślimakowych przedstawił je stosunkowo obszernie: „ (…), że dziedzina z której dr T. Lechowski zaczerpnął temat (… )nie należy do wdzięcznych. (…). Pomimo to autorowi udało się dokonać analizy, która stopniem swej ogólności przewyższa wszystkie znane mi prace z tej dziedziny. Sposób rozwiązania (… ) wskazuje na doskonałe opanowanie (…) metod analizy matematycznej (…). Prof. B. Kiepuszewski napisał podobnie: „ (…) zamiarem autora jest ustalenie ogólnych równań powierzchni ślimaka, z których będzie można otrzymać przypadki szczególne (…)tak sformułowany temat (…. zawiera elementy nowości ( … ) i pogłębienia wiedzy o (…) własnościach powierzchni ślimaków”.

Podobnie napisał prof. S. Kunstetter , jako specjalista w dziedzinie geometrii narzędzi, ale nie ślimaków, wyrażając dużo uwag dotyczących szczegółów. Niestety dowiedziałem się, że obrona w grudniu odbyć się nie może, bo członkowie Rady Wydziału już myślą o świętach. Dnia 10 I 1968 Rada Wydziału Mechanicznego Technologicznego PW nadała mi ( po dyskusji), na podstawie ustawy z dn. 31 III 1965, stopień naukowy docenta (v fot.27).

Stopień dr habilitowanego przy‐ wrócono kilka lat później. Jednak decyzja Rady Wydziału wymagała zatwierdzenia przez Ministra O. i S. W. Przed zatwierdzeniem Minister wyznaczał recenzenta, który był recenzentem tajnym. Jednak nazwisko recenzenta było dość łatwo ustalić, gdyż specjalistów w danej branży nie było wielu. Nazwisko „tajnego” recenzenta podał mi ówczesny Pełnomocnik Rektora ds. Nauki prof. M.K. Recenzentem był profesor o specjalności zbliżonej do mojej, ale nie geometrii ślimaków. Niestety miałem pecha, gdyż wyjechał on do USA w sprawach służbowych na parę miesięcy. Było to w czasie słynnego „marca 1968”, kiedy to władze PRL postanowiły „odmłodzić” kadrę samodzielnych pracowników nauki i na stanowiska docentów etatowych (( wtedy już habilitacji od nich nie wymagano) powołano w dn 1. VII 1968 9 osób, wśród nich niektórych moich kolegów, z którymi kończyłem kurs magisterski dla pracowników, na stanowiska tzw. „docentów marcowych”. Mój „stopień (wtedy) naukowy docenta nauk technicznych w zakresie technologii budowy maszyn” Minister zatwierdził dn. 30 X 1968.Było to zgodne z ustawą z dn 31 III 1965, która stanowiła, że stopniami naukowymi są stopnie doktora i docenta. Pismo zawiadamiające mnie o zatwierdzeniu otrzymałem 8 XI 1968.

Fot.27. Dyplom format A4. Wtedy już istniał stopień doktora habilitowanego, ale politechnika Warszawska dysponowała starymi drukami.

Jednak przed zatwierdzeniem stopnia Rektor P CZ powierzył mi w dn. 5 IX 1968 kierownictwo Zakładu Narzędzi (v fot. 28).

Fot. 28. Powołanie na stanowisko kierownika zakładu

W ten sposób udało mi się uzyskać habilitację na 10 dni przed 40. rocznicą urodzin i w niecałe 6 lat po doktoracie. Według informacji prof. B. Kudryckiej, ówczesnego Ministra SW (2008r.) w Polsce 14% naukowców habilituje się przed 40 a 55% uzyskuje habilitacje między rokiem życia 40 a 50 rokiem życia.

Względnie szybkie wykonanie rozprawy habilitacyjnej zawdzięczam determinacji i również doborowi tematyki pracy, i wyrozumiałości żony. Wtedy pracowałem od 6 rano do 22 wieczorem z przerwą na obiad. Praca o charakterze matematycznym nie wymagała budowy stoiska do badań, ale za to musiałem opanować niektóre działy matematyki, między innymi geometrii różniczkowej. Niestety nie mogłem liczyć na pomoc Ośrodka Obliczeniowego (w P. Cz. była już maszyna Odra) i wszystkie pracochłonne obliczenia musiałem wykonać sam na kalkulatorze.

W czasie pracy na Politechnice zdarzało mi się pełnić rożne funkcje. Najczęściej bywałem przedstawicielem pomocniczych pracowników nauki w senacie lub radzie wydziału Budowy Maszyn. Między innymi rektor doc. dr inż. J. Grajcar powierzył mi obowiązki rzecznika dyscyplinarnego dla pracowników dydaktycznych. Niestety przypadły mi w udziale dwie sprawy. Pierwsza sprawa dotyczyła obrazy dziekana Wydziału E. przez jednego z samodzielnych pracowników Wydziału. Po przeprowadzeniu postępowania wyjaśniającego, okazało się że Komisja dyscyplinarna nie musi się zbierać. Druga sprawa dotyczyła plagiatu. Jeden . prof. Wydziału E. posądził drogiego pracownika tegoż Wydziału o plagiat. Dziekan i \ada tego wydziału oświadczyły, że w tej sprawie są niekompetentne, bo nie chciały tym się zajmować. Prowadząc postępowanie wyjaśniające, na zlecenie Rektora, po odpowiednich przesłuchaniach, złożyłem wniosek, do Rektora, o powołanie biegłego z innej uczelni, bo na Wydziale E. nie ma rzekomo kompetentnej osoby. Przepisy wtedy mówiły, że jeżeli toczy się sprawa przeciw samodzielnemu pracownikowi nauki, trzeba powiadomić Ministerstwo SW. Rektor, nie chcąc by sprawa nabrała rozgłosu, wstrzymał dalsze postępowanie. Tak, jedynym skutkiem mojego postepowania wyjaśniającego była dość duża strata mojego czasu. Później podobno nastąpiła ugoda stron.

W dniach od 1 VII 1967 do 21 VII 1967 został zorganizowany Studencki Obóz Naukowy w DFUM w Dąbrowie Górniczej. Studenci (kilkanaście osób) pracowali w Zakładzie i mieszkali nad Jeziorem „Pogoria”. Byłem kierownikiem tego obozu. Wieczorami przy ognisku dowiedziałem się wiele ciekawych informacji o nas pracownikach. Był to jeden z nielicznych obozów naukowych organizowanych przez Politechnikę lub ZMS.

Na stanowisko docenta etatowego Minister O. i S. W. powołał mnie w dn. 30 XI 1968. Dnia 19 IX 1971 rektor doc. dr K. Moszoro powołał mnie na stanowisko z‐cy dyrektora Instytutu TBM na okres od 1 IX 1971 do 31 VIII 1973. Wtedy dyrektorem był doc. J. Grajcar, któremu nie pozwolono dokończyć kadencji rektora z powodu konfliktu z władzami partyjnymi. Dziekanem Wydziału Budowy Maszyn wtedy był prof. dr T. Opolski. Spowodował on szybki rozwój prac doktorskich na Wydziale, przede wszystkim w dziedzinie wytrzymałości zmęczeniowej.

Dnia 10 VIII 1973 Rektor doc. dr inż. K. Moszoro powołał mnie na stanowisko dyrektora Instytutu TBM na okres do dn. 31 VIII 1975, jednocześnie przyznając uposażenie zasadnicze w wysokości 5300 zł i dodatek funkcyjny w wysokości 1000 zł + dodatek za wysługę lat ( prawdopodobnie wtedy 5% pensji zasadniczej) i dodatek specjalny w wysokości 400 zł za osiągnięcia w pracy.

Wtedy nie było „widełek ” i różnica pomiędzy dochodami adiunkta a docenta była wyraźna.

W roku akad. 1970/71 dziekanem Wydziału BM został doc. dr inż. Jerzy Miczka, który razem ze mną studiował na kursie magisterskim dla pracowników PCz, a na stanowisko docenta został powołany w lipcu 1968 r. W tym czasie nastąpił przyspieszony wzrost liczby studentów. Na przykład na moim wykładzie Metrologii na III roku było ok 200 studentów. Tak dużej sali nie było na terenie Uczelni i musiałem mieć wykłady w „Energetyku”. Znacznie gorzej miał prof. dr A. Pietraniec, gdyż musiał prowadzić wykłady w dawnym kinie „Tęcza” w I Alei.

Wzrastała również liczba bronionych rozpraw doktorskich. Za kadencji dziekana doc. dr inż. J. Miczki zdarzało się po 10 i więcej obron rocznie. W związku z tym Dziekan postanowił, po uzyskaniu pozytywnej opinii Rady Wydziału, że sprawami przewodów doktorskich ma zająć się Komisja ds. przewodów doktorskich. W tamtych czasach dziekani zawsze liczyli się z opiniami rady Wydziału, niezależnie od tego, jak w ustawie o szkolnictwie wyższym przedstawiane był relacje pomiędzy dziekanem a radą wydziału. Do obowiązków komisji należało występowaniem z wnioskiem o otwarcie przewodu, wnioskiem o wyznaczenie recenzentów i o nadanie stopnia doktora. Zostałem powołany na stanowisko przewodniczącego komisji. Tu trzeba powiedzieć, że Wydziałowa Komisja ds. Przewodów Doktorskich; w przeciwieństwie do sytuacji w innych uczelniach, rozmawiała z kandydatem, i nie polegała tylko na pozytywnej opinii kandydata na promotora.

W czasie kadencji dziekana Miczki w budynku Wydziału zrobiło się ciasno. Dziekanat mieścił się w dwóch małych pokojach. Dziekan nie miał osobnego gabinetu, Rada wydziału BM nie miał się gdzie zbierać. Początki kryzysu w kraju zaczynało być widać. Już było widać, że „drugiej Polski” nie da się zbudować. Jednak dziekanowi udało się doprowadzić do nadbudowy parterowej części budynku i zmodernizować audytoria B1 – B4. Wtedy modernizacja polegała na zainstalowaniu kamer telewizyjnych i monitorów w Sali B1 oraz w salach B1 – B4 rzutników pisma, co było nowością. Wtedy nastąpiła również audiowizualizacja innych audytoriów, dzięki czemu przestano używać kredy.

Dzięki nadbudowie, którą udało się przeprowadzić dziekanowi Miczce po wielu kłopotliwych staraniach, Dziekanat BM powiększył się znacznie, dziekan miał odpowiedni gabinet, a Rada wydziału BM wystarczająco dużą salę posiedzeń. Wtedy nie była to sprawa łatwa.

Dziekan powołał komisję do spraw nadbudowy budynku, która opracowywała założenia budowy. Niestety wtedy to nie mogło się udać. Mam doświadczenie w tej sprawie, ponieważ zaszła konieczność przebudowy Hali Obrabiarek, w czasie kiedy pełniłem funkcję dyrektora Instytutu TBM. Z wielkim trudem udało się to przeprowadzić.

W latach 60. Skrystalizował się pogląd jak ma wyglądać rozprawa doktorska, ale jeszcze w latach 60. i później, trwały dyskusje jak ma wyglądać rozprawa habilitacyjna.

W czasie swojej kadencji dziekan doc. dr inż. W. Gajewski zaczął dążyć do zwiększenia liczby habilitacji na Wydziale. Między innymi zwrócił się do mnie o napisanie i wygłoszenie, dla pracowników Wydziału zainteresowanych tym tematem, referatu na temat wymagań stawianych rozprawom habilitacyjnym, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji w dziedzinie nauk technicznych. Referat (ss. 12) oparłem, między innymi na wynikach ankiety przeprowadzonej wśród pracowników PAN, między innymi na wypowiedziach prof. prof. T. Kotarbińskiego, T. Pełczyńskiego, S. Zięby, W. Szymanowskiego i innych informacjach. Z uzyskanych przeze mnie informacji można było wyciągnąć różne wnioski; między innymi, zdaniem większości dyskutantów w PAN rozprawy habilitacyjne nie powinny być częścią prac zespołowych. Podsumowując informacje zawarte w różnych publikacjach i przebieg różnych dyskusji, można było wtedy uznać, że przeważał pogląd, iż „habilitacja powinna doprowadzić do wykrycia nowych zjawisk, opracowania nowych metod, wyjaśnienia dotąd niezrozumiałych spostrzeżeń, uogólnienia szeregu wyników badawczych”.

Wtedy, w obowiązującej ustawie, można było znaleźć następującą definicję: „ Art.10.1. Rozprawa(…) powinna stanowić poważny wkład (…) w rozwój określonej dziedziny nauki lub dyscypliny naukowej”. Podobna definicja znajduje się w ustawie z 2003 roku.

W czasie pracy w Instytucie TBM i AP (Technologia Budowy Maszyn i Automatyzacji Produkcji) często zmieniała się moja sytuacja. Po nominacji na stanowisko z‐cy dyrektora Instytutu TBM ( wcześniejsza nazwa) dalszy przebieg mojej pracy był następujący: od 1 IX 1973 – 31 VIII 1975 dyrektor INSTTBM pensja 5300+ 1000 dodatku + dodatek za wysługę lat ok 20% pensji, średnia płaca krajowa 3913 zł, od 1 IX 1975 – 31 XII 1991 kier. zakładu, Od 1 XII - 1 XI 1992 dyrektor, od 1 XI 1992 – 31 VIII 1996 kier. katedry TBM.

Na początku lat 70. gdy pełniłem funkcję dyrektora Instytutu TBM, Ministrem Szkolnictwa Wyższego był prof. dr Jan Kaczmarek. Próbował on wprowadzić obiektywne kryteria oceny pracy instytutów i katedr na wydziałach uczelni. Polegały one na odpowiedniej punktacji. Po podsumowaniu punktów na Wydziale okazało się, że najlepszym instytutem na Wydziale Budowy Maszyn okazał się Instytut Technologii Maszyn. Część członków Rady Wydziału przyjęła to z przymrużeniem oka, ale niektórym bardzo się nie podobało.

Zmiany stanowiska polegały na tym, że w okresie kiedy byłem kierownikiem zakładu, dyrektorem Inst. TBM bywał doc. Drabek. W przerwie kiedy był prorektorem lub dziekanem, dyrektorem bywałem ja. Aby mógł istnieć instytut, według istniejących przepisów, musiało być trzech samodzielnych pracowników, ale kierownikiem katedry może być tylko profesor. Aby spełnić ten warunek, obydwaj zgodnie z doc. dr. S. Drabkiem zgodziliśmy się na zatrudnienie dr. S. Waczyńskiego, który został mianowany docentem, po zapisaniu się do PRON ( Patriotyczny Ruch Ocalenia Narodowego) i dzięki temu został on dyrektorem w roku 1984. Wtedy władza dyrektora instytutu lub kierownika katedry była znacznie większa niż obecnie. Dyrektor instytutu (kierownik katedry) dysponował pieniędzmi w znacznie szerszym zakresie niż obecnie. Funkcje kierownicze w instytutach i katedrach na Uczelni były związane z nadmierną biurokracją.

Na początku 1968 r. przystąpiłem do analizy równań powierzchni ślimaków podanych w rozprawie habilitacyjnej. Rozpatrywałem przypadek powierzchni ślimaka stożkowego, tak aby równania mogły dotyczyć przypadku frezów ślimakowych zataczanych i możliwości wykorzystania wyników w praktyce.

Wiedziałem, że FWP PONAR VIS w Warszawie ma kłopoty z jakością frezów ślimakowych. Wstrzymano im eksport z powodu złej jakości frezów. Postanowiłem rozpocząć współpracę od wdrożenia mojego patentu nr 60397 „ Sposób szlifowania powierzchni natarcia frezów ślimakowych”. Patent powstał w wyniku analizy powierzchni śrubowych dokonanych w rozprawie habilitacyjnej. W kwietniu 1968 r pojechaliśmy, wraz z mgr inż. S. Rozanowem pracownikiem Zakładu Narzędzi P. Cz. i w rozmowie z głównym technologiem FWP oświadczyłem, że mamy sposób na poprawę jakości frezów u nich produkowanych, zaproponowałem przeprowadzenie prób i warunek, że jeżeli próby wypadną pomyślnie, FWP zleci wdrożenie pomysłu. Tak się stało. Przeprowadzone próby wykazało, że , można tym sposobem uzyska wysoką klasę freza AA, a nawet 3A, czasem 4A według najnowszych norm, w zakresie tego parametru. W próbach pomagał mi mgr inż. R. Lewkowicz przyszły mój doktorant. Przy okazji muszę wspomnieć, że nasza obecność w FWP wywołała małą sensację. Chodziło o to, że w trakcie nastawiania obrabiarki, precyzyjnej szlifierki do ostrzenia frezów ślimakowych, szlifierz, dobry fachowiec, nie bardzo wiedział o co nam chodzi. Szlifierka musiała być nastawiona w sposób nietypowy, którego on nie znał. Aby było szybciej, zacząłem obsługiwać szlifierką sam. Podobno zrobiło się małe zbiegowisko. Dotąd nie było praktykowanie, że samodzielny pracownik nauki sam obsługuje obrabiarkę, na której wykonuje się próby. Przed prowadzeniem prób zarys frezów był dokładnie policzony. Wszystkie następne próby zawsze polegały na tym, że uprzednio zarys narzędzia był dokładnie policzony.

Tak zaczęła się moja wieloletnia, trwająca aż do końca istnienia zakładu w latach 90., współpraca z FWP PONAR w Warszawie. Pierwsze zlecenie dotyczyło szlifowania powierzchni natarcia frezów ślimakowych.

Wtedy, i później, publikowane były często, wyniki prac badawczych, nadające się do wdrożenia w przemyśle, co było niekorzystne dla gospodarki narodowej. Niektórzy autorzy publikacji lub patentów, aby uniemożliwić niepowołanym, korzystanie z publikacji wprowadzali do nich błędy. Było to niezgodne z „kodeksem dobrych obyczajów” , ale skuteczne. Zleceniodawca moich badań FWP Vis nie wyraził zgody na publikację wyników. Odpowiednia korespondencja w załączeniu .W piśmie (fot.29) autor uzasadnia „brak celowości (…) a nawet szkodliwość patentowania za granicą i proponuje zgłosić „tajny patent na Polskę”. Obecnie sprawy publikowania wyników badań reguluje „Prawo o szkolnictwie wyższym” art. 86 i następne. Jest to duży krok naprzód w tych sprawach. Moja współpraca z Kombinatem Przemysłu Narzędziowego Fabryką FWP w Warszawie zaczęła się dn.1.9.1968, po po Fot.29. Pismo od dyrekcji FWP myślnym przeprowadzeniu prób i podpisaniu umowy. Próby poprzedzone były dokładnym wyznaczeniem zarysu frezów ślimakowych, i później przeciągaczy ewolwentowych oraz kół zębatych stożkowych wykonywanych metodą Revacycle, na którą FWP zakupiła licencję.

fot. 29

Aby wyznaczyć zarys powierzchni działania freza, należało rozwiązać układ 4. równań nieliniowych z 4. niewiadomymi. Obliczenia były prowadzone przy pomocy maszyny matematycznej „O1013” w języku „Fala”. Ze względu na możliwości „Odry”, zdaniem kierownika ośrodka obliczeniowego, należało układ 4. równań zredukować do 2. Również nie zastosowano rachunku macierzowego, ze względu na jego stosunkowo małe rozpowszechnienie. Do rozwiązywania układu równań okazała się najbardziej przydatna metoda Newtona. „Metody połowienia” jeszcze wtedy nie było. Przybliżone rozwiązania wykonywane były z dokładnością 1x10‐8. W czasie współpracy z KPN FWP opracowane zostało 13 patentów, 5 wdrożonych w FWP, których jestem jedynym albo głównym autorem. Wdrożonych i zgłoszonych patentów winno być o 3 więcej. Jednak nie zgłaszałem ich, ponieważ KPN FWP nie zawsze był zainteresowany podnoszeniem jakości wyrobów. Na przykład cena freza ślimakowego klasy B wynosiła wtedy 4000 zł. a freza klasy A tylko 100 zł więcej. Wykonywanie wyrobów o większej dokładności wymaga na ogół większej staranności i z tego powodu może się firmie nie opłacać. W tym czasie byłem zastępcą przewodniczącego Rady Naukowej KPN VIS i miałem rozeznanie w tych sprawach. Jednym z przykładów jest patent nr 83041. „Urządzenie do wykonywania wzorników”. Tarcze ścierne do szlifowania zarysów dokładnych fezów (klasy A i dokładniejszych) winny mieć zarys krzywoliniowy w postaci łuku nieznacznie różniącego się od linii prostej. Strzałka łuku wynosiła ok 0,1 mm i mniej, z dokładnością paru μm dla najdokładniejszych frezów. Schemat urządzenia przedstawia rys.30. Prowadnice1 osadzone są obrotowo na osiach 2 kół zębatych 3. Prowadnice 1 zaopatrzone są w kamienie 4. które połączone są ze sobą belką 5, na której osadzony jest wzornik 6. Na wysokości wzornika 6 umieszczona jest ściernica7. Prowadnice 1 ustawia się względem siebie pod określonym kątem, za pomocą kół zębatych 3. Kamieniom 4 nadaje się ruch posuwisto zwrotny wzdłuż prowadnic 1. Połączona z kamieniem belka 5 przemieszcza się wraz z wzornikiem 6. który zakreśla wycinek elipsy. Ścienica 7 kształtuje wzornik 6. Jest to jeszcze jedna metoda wykreślania elips.

Rys. 30. Schemat przyrządu do szlifowania Ściernic.

Zgodnie z patentem złożony zarys wzornika zastąpiony był łukiem elipsy. Wymagało to dokładnego obliczenia zarysu wzornika. W wyniku wdrożenia tego patentu czas wykonania wzorników zmniejszył się z 50 godzin do 1 godziny. Opinię dyrekcji KPN FWP przedstawia fot.31. Przy wdrożeniu patentu pomagał mi mgr inż. T. Macioszczyk mój doktorant. Wykonawcy otrzymali nagrodę Ministra Nauki III stopnia, Nagrodę czerwonej Róży i nagrody Rektora P. Cz. W ramach współpracy z KPN FWP pięciu moich doktorantów wykonało rozprawy doktorskie finansowane przez KPN. Podobnie było z innymi patentami.

Poniżej umieszczona została kopia umowy o wdrożeniu wyników pracy badawczej zawartej w dn. 30‐04‐1976 pomiędzy Politechniką a Kombinatem Przemysłu Narzędziowego w warszawie. W tych czasach władze PRL postanowiły dodatkowo wynagradzać autorów prac badawczych. Wykonawcy mieli otrzymać 50 270 zł dodatkowego wynagrodzenia. Była to pierwsza umowa wdrożeniowa zawarta przez politechnikę Częstochowską. Niestety już wtedy zaczynał się kryzys ekonomiczny i Minister SWN i T pismem z dn. 29.09. 1979 wstrzymał wypłatę wynagrodzeń.

Informacje o pracach wykonywanych w Zakładzie Narzędzi Przyrządów i Obróbki Skrawaniem obecnego Instytutu Technologii Mechanicznych można znaleźć w pracach : „Prace badawcze i usługowe Zakładu Obróbki Skrawaniem i Narzędzi Politechniki Częstochowskiej” Częstochowa 2009 i w pracy: „Prace badawcze i usługowe Zakładu Obróbki Skrawaniem Politechniki Częstochowskiej” Cz. II Przegląd prac i prace nieopublikowane, Częstochowa 2013.

Fot. 31.Pismo dyrekcji KPN VIS

Przy okazji należy wspomnieć o moich doktorantach. Wypromowałem ich 8. Miałem również 2 doktorantów zaawansowanych w pracy , ale jednemu zabrakło cierpliwości na finiszu a drugi wyjechał oddelegowany na placówkę zagraniczną, skorzystał z nadarzającej się okazji i nie wrócił. Dwie kandydatki na doktorantki nie potrafiły przezwyciężyć kłopotów rodzinnych i musiały zrezygnować. Dwaj kandydaci na moich doktorantów wystraszyli się tematyki matematycznej i wybrali na promotora kogoś innego, i doktorat o charakterze eksperymentalnym. Warto tu zwrócić uwagę na różnice pomiędzy rozprawami o charakterze eksperymentalnym a pracami o charakterze matematycznym ( tzw. „teoretyczne”). W pierwszym przypadku trzeba mieć do dyspozycji, lub zbudować stoisko do badań i przeważnie niezależnie od tego, jakie się otrzymało wyniki, można opracować ich interpretację. W drugim przypadku trzeba opanować odpowiedni dział matematyki, można napisać pracę nieco szybciej, ale w razie jakiejś pomyłki, przy wdrażaniu wyników błąd łatwo zaobserwować. Tego typu prace wymagają początkowo dużej pomocy, i czasem wysiłku, promotora, zanim doktoranci opanują odpowiedni aparat matematyczny. Dokładny, bez uproszczeń, zarys freza ślimakowego do kół zębatych , o powierzchniach szlifowanych można było wyznaczyć dopiero w końcu lat 60., dzięki rozwojowi elektronicznej techniki obliczeniowej. Zrobiłem to prawdopodobnie po raz pierwszy w II połowie lat 60. XX w. dzięki maszynie matematycznej „Odra” (v. „Prace badawcze(…)” cz. II. Problem zarysu frezów sprowadził się do rozwiązania 4. równań nieliniowych z 4. niewiadomymi. Obliczenia musiały być prowadzone z dokładnością do 8 cyfr znaczących. Czas obliczeń 1 przykładu zajmował 4 min. Obecnie czas obliczeń bardziej skomplikowanych zajmuje ułamek sek.

Aby sprawdzić czy obliczenia na maszynie matematycznej nie zawierają błędów, wykonałem, między innymi rożnymi metodami, obliczenia na kalkulatorze, przy pomocy tablic 8.‐cyfrowych (sic!) 1 przykład rachunkowy. Obliczenia zajęły mi tydzień pracy od rana do wieczora.

Prace doktorskie o takim charakterze wykonało pięciu moich doktorantów: dr dr R. Lewkowicz, T. Macioszczyk, S. Hulboj, Z. Żegota i T. Nieszporek. Początkowo doktoranci nie orientowali się o co chodzi. Trwało to długo, zanim się usamodzielnili. Najszybciej rachunek macierzowy i zasady programowania opanował dr T. Nieszporek, w czym znacznie wyprzedził innych moich doktorantów i również mnie. Wymienieni doktoranci, wykonując rozprawy doktorskie jednocześnie wykonywali prace zlecone dla Kombinatu Ponar Vis, otrzymywali nagrody i i wdrażali patenty lub brali udział w ich wdrażaniu.

Pracownik dydaktyczny, zgodnie z przepisami z lat. 60., miał pracować 1500 godz. rocznie. Jeżeli tą liczbę podzielić przez liczbę tygodni w roku, po odliczeniu urlopu, otrzymywało się, że należało pracować ok. 33 godz. w tygodniu. Był to czas umowny. Nigdy nie zdarzyło się, aby pracownik naukowo dydaktyczny przebywał na Uczelni, zwłaszcza tzw. pomocniczy, tylko 33 godzin. Artykuł 130 aktualnej Ustawy o SW ustala tylko wymiar zajęć dydaktycznych w ilości od 120 do 240 godzin. W innych sprawach dotyczących obciążenia Ustawa odsyła do statutu uczelni.

W czasie pracy w Politechnice Częstochowskiej zdarzyło mi się pełnić, jak każdemu pracownikowi, różne funkcje i komisje. Bywałem przedstawicielem pomocniczych pracowników nauki w radzie wydziału BM i w Senacie. Bywałem członkiem różnych komisji. Na przykład za rektoratu doc. dr J. Grajcara byłem rzecznikiem dyscyplinarnym dla pracowników dydaktycznych. Wtedy przypadło mi w udziale postępowanie wyjaśniające w dwóch sprawach. Pierwsza dotyczyła obrazy dziekana dokonanej przez samodzielnego pracownika nauki. Druga dotyczyła posądzenia o plagiat, który miał popełnić jeden z pracowników samodzielnych na niekorzyść innego samodzielnego pracownika nauki tegoż wydziału. Postępowanie wyjaśniające, zwłaszcza w drugiej sprawie, okazało się czasochłonne. Rada wydziału, na którym pracowali obydwaj pracownicy, okazała się tu niekompetentna. Trzeba było powołać biegłego z innej uczelni, na co rektor nie chciał wyrazić zgody. Sprawa się przewlekała i ostatecznie się zakończyła ugodą stron.

Inną ważną czynnością było uczestnictwo w komisji ds. przewodów doktorskich, o czym już pisałem wcześnie. Poza tym kierownicy katedr lub dyrektorzy instytutu mieli dużo spraw bieżących.

Ciekawa jest sprawa funkcji, którą mnie obarczyły władze wojskowe (fot. 31).


Fot. 31. Karta przydziału dano mi stopień wojskowy szeregowego.

Otrzymałem niespodziewanie kartę przydziału do formacji samoobrony przez Komendanta WKU Częstochowa z dn 28 X 1975. Z karty wynika, że ja, szeregowy (…) otrzymuję przydział organizacyjno‐mobilizacyjny do pełnienia służby na stanowisku D‐cy I Sekcji (…?) w oddziale samoobrony Politechniki Częstochowskiej. Było to dla mnie zaskoczeniem. Próbowałem zasięgnąć informacji u znajomych oficerów ze Studium Wojskowego P Cz, ale oni oświadczyli mi, że nie mają z tym nic wspólnego i nic niewiedzą na ten temat. Prawdopodobnie komendant WKU nie wiedział, ze stawałem przed komisją wojskową i zostałem skreślony z ewidencji jako całkowicie nie‐zdolny do służby wojskowej. Z załączonej karty wynika, że na‐ Fot. 31. Karta przydziału dano mi stopień wojskowy szeregowego.

W tym czasie zaczęła się pogłębiać moja choroba wieńcowa i chciałem spokojnie wdrażać moje patenty w KPN (Kombinacie Przemysłu Narzędziowego) PONAR VIS w Warszawie. Skierowałem do Rektora doc. dr inż. K. Moszoro pismo z prośbą o zwolnienie z tego obowiązku. (v Fot. 32). W wyniku pisma doszło do rozmowy z Rektorem, Rektor obiecał , ale nic to nie pomogło. Wtedy o tych sprawach decydowały władze nie zawsze pytając zainteresowanego o zgodę.

Jeszcze więcej biurokracji było później. Na przykład w końcu lat 70. Jako dyrektor miałem po 4 (!) zebrania dziennie. Kiedyś obiecałem sobie, że w przypadku 4 zebrań, w ciągu jednego dnia, na czwarte nie pójdę. Musiałem jednak iść, bo decydowały się wtedy podwyżki dla pracowników. Wtedy ukazało się słynne zarządzenie premiera P. Jaroszewicza, że w poniedziałki nie wolno robić zebrań, bo musi być choć jeden dzień bez zebrań. Niestety nadmiar zebrań wystąpił również i w Politechnice Częstochowskiej.

Fot. 32. Pismo do Rektora doc. dr inż. K. Moszoro

W czasie prowadzenia zajęć ze studentami na przestrzeni wielu lat od roku 1952 do emerytury w 1998 r. dało się zauważyć obniżenie poziomu nauczania i nauczanie coraz bardziej powierzchowne spowodowane narastaniem wiedzy. Z danych amerykańskich z II połowy XX wieku wynika, że nagromadzona wiedza podwaja się przeciętnie co paręnaście lat. Budowa maszyn nie zalicza się do szybko rozwijających się dziedzin ale na przykład temat chropowatości powierzchni w nauczaniu rysunku technicznego w latach 40. zajmował ⅓ strony, co łatwo było przekazać studentom. W końcu XX w. zagadnienia chropowatości powierzchni, falistości, błędów kształtu i podobne zagadnienia ,których wcześniej nie było, zajmują obecnie książki liczące 100 stron i więcej. Innym powodem powierzchownego nauczania jest potrzeba wprowadzania nowych przedmiotów jak na przykład informatyka, kosztem innych .

W latach 80. Liczba przyjmowanych na I rok studentów zaczęła spadać z powodu niżu demograficznego. Na I rok był przyjmowany każdy maturzysta, który się zgłosił. Na starszych latach było kilka specjalności a studentów coraz miej i żeby zachęcić studentów niektórzy kierownicy specjalizacji obniżali wymagania przy zaliczeniach. Zdarzyło się na przykład, że prodziekan ds. studiów zaocznych ogłaszając zapisy na specjalizacje, ogłaszał zapisy na swoją i „zapominał” ogłosić, że można zapisywać się na inne specjalizacje.

Na początku stycznia1982 ok. godz. 21 miałem atak serca. Bólu w klatce piersiowej był nieduży , ale ogarnęło mnie bardzo silne uczucie słabości. Po kilkunastu minutach przeszło. Na drugi dzień rano zgłosiłem się do Ośrodka Zdrowia przy P. Cz., zrobiono mi EKG. Okazało się, że zawału nie ma, ale lekarz, kierowniczka Poradni wypisała mi zwolnienie lekarski z zaleceniem leżenia. Łącznie zwolnienie opiewało na 1 miesiąc. Ostatecznie kierowniczka Poradni przy P. Cz. pani dr S. zdecydowanie namawiała mnie na przejście na rentę. Widocznie miała powody. Zamiast przejść na rentę, ponieważ trafiła się okazja, zatrudniłem się na 2. etacie w innej uczelni. Bardzo to wpłynęło korzystnie na stan mojego zdrowia. Stąd wyciągnąłem wniosek na przyszłość, że czasem dobrze jest postąpić odwrotnie, niż zalecają lekarze.

Przepisy, dotyczące emerytur ulegały zmianie. Początkowo to jest w latach 60, Jeżeli ktoś pracował na 2 etatach, przysługiwały mu 2 emerytury, W latach 80., gdy pracowałem na drugim etacie przysługiwała jedna emerytura i to tylko wtedy, jeżeli przepracowało się 5 lat. Zdarzało się, że niektórzy pracownicy techniczni na rok przed odejściem na emeryturę, szli do pracy np. do „Wykrometu” w Częstochowie, bo tam były wyższe płace i emerytury niż w P. Cz.

Od 1947 roku co kilka lat zmieniano ustawy o szkolnictwie wyższym, i w roku 2005 ukazała się ustawa ( D. U. Nr164 poz. 1365) i jednolity tekst po uaktualnieniu ( D.U. 2016 poz. 1842 ss126). Duża objętość Ustawy wynika stąd, że uwzględniono w niej takie rozdziały jak, Studia Doktoranckie, Rada Główna, Państwowa Komisja Akredytacyjna i inne. Poza tym niektóre zagadnienia przedstawiono dość szczegółowo. Drobiazgowość aktualnej ustawy przywodzi na myśl wypowiedź prof. Tadeusz Kotarbińskiego znanego specjalisty od sprawnego działania (prakseologii): „nadmiar porządku przestaje być porządkiem”. Niedawno ukazała się książka, będąca komentarzem do ustawy o s.w. „prawo o szkolnictwie wyższym”. Liczy ona 1173 ss.

Pracownik naukowy w Polsce miał i jeszcze ma, obowiązek publikowania wyników swoich badań. W ten sposób zdarza się, że publikuje się wyniki badań , które nadaję się do wdrożenia i bywają wdrażane w przemyśle nie tylko polskim, bez udziału autorów. Pod tym względem, prawdopodobnie, nasz kraj jest wyjątkiem. Po nowelizacji Ustawy o szkolnictwie wyższym w 2012 roku jest szansa, że sytuacja ulegnie zmianie. Mówią o tym art. 86, 86a ‐ 86i Ustawy z dn. 27 VII 2005 „Prawo o szkolnictwie wyższym”. W artykułach tych jest m. inn. mowa o komercjalizacji wyników badań. Art.86e. 5. mówi, że pracownik uczelni publicznej jest zobowiązany do: 1) „zachowania poufności wyników badań (…)”, 2) „przekazania uczelni publicznej wszystkich posiadanych przez niego informacji(…)”, 3) „powstrzymania się (…) od wdrażania wyników (…)”. Art. 86e. 1. ustawy mówi, że uczelnia w okresie trzech miesięcy (…) podejmuje uchwałę w sprawie komercjalizacji wyników badań.

Na podstawie tejże ustawy Senat Politechniki Częstochowskiej uchwalił „ Regulamin (…) Centrum Transferu Technologii (…)”uchwałą z dn.12 X 2011. Na stanowisko dyrektora powołany został prof. PCz dr hab. inż. T. Złoto. Następnie Senat uchwalił (25.03.2015) „Regulamin zarządzania własnością intelektualną” (ss18). Postanowienia Regulaminu dotyczą pracowników, studentów, doktorantów (…) i innych osób (…). Regulamin wprowadził pojęcie „współpracownika” – osoby niebędącej pracownikiem Polit. Częst., ale biorącej udział w realizacji zadań na jej rzecz.

Mogłaby to być szansa dla mnie jako „współpracownika” Niestety, mimo że art. 86.a i nast. wprowadzono parę lat temu, jak rozmawiałem z prorektorem ds. nauki i rzecznikiem patentowym w sprawie zgłoszenia patentu i publikacji artykułu nic o tej możliwości nie wspomnieli. Czyżby w tych sprawach nie byli zorientowani. Rozmawiałem w czerwcu 2017 z poprzednim i aktualnym dyrektorem Centrum Transferu Technologii oraz z innymi miarodajnymi pracownikami na temat „współpracownika” i okazało się, że nie mam żadnych szans. Dnia 9.9.2016 ukazał się wywiad z ministrem J. Gowinem, w którym zapowiada duże zmiany w ustawie o szkolnictwie wyższym. Podobno znowu rozważa się likwidację stopnia dr. habilitowanego. (ustawa 2.0)

Przy okazji warto zwrócić uwagę, że gdy w czasie inauguracji mówiono o osiągnięciach Politechniki, poruszano wszystkie tematy, ale nie było mowy o tym co pracownicy Politechniki zrobili dla przemysłu. Nie było mowy o wdrażaniu wyników badań i patentów do gospodarki narodowej. A przecież na tym polu Politechnika miała istotne osiągnięcia. Niestety powodem jest likwidacja dokumentacji, dokonana kilkanaście lat temu, dotyczącej współpracy Politechniki z przemysłem.

Bliższe informacje o mnie, i mojej rodzinie można znaleźć w mojej publikacji „ Rodzina Lechowskich, Potomkowie Macieja z Linkowic” Częstochowa 2016 i w pracach : Prace badawcze Zakładu Obróbki Skrawaniem i Narzędzi Instytutu Technologii Mechanicznych Cz. I i II.